SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ LICHEŃSKIEJ BOLESNEJ KRÓLOWEJ POLSKI

KS. JÓZEF JARZĘBOWSKI

ks. Józef Jarzębowski

Ks. Józefa Jarzębowskiego łatwo odnaleźć na każdej z zachowanych fotografii. Nieprzeciętny wzrost (dwa metry) sprawiał, że jego sylwetka wznosiła się ponad głowami innych. To jego pasji kolekcjonerskiej, miłości do Ojczyzny i oddaniu pracy wychowawcy zawdzięczamy zbiór narodowych pamiątek, który składa się na kolekcję muzeum jego imienia w Licheniu. Sam, podsumowując swoje życie, napisał, że przyszło mu zbierać po świecie polskie dzieci i pamiątki narodowe.

Wyrzucony ze szkoły za obronę polskości

Ksiądz Jarzębowski przyszedł na świat 27 listopada 1897 r. w Warszawie. Jego dzieciństwo nie było łatwe: najpierw zmarło jego rodzeństwo, a gdy miał zaledwie sześć lat – zmarł ojciec. Wtedy przeniósł się z mamą do Nowego Miasta nad Pilicą. Jako dziecko chorował tak poważnie, że „matka ślubem ofiarowała go na służbę Bogu…”.

W 1911 r. wyrzucono go ze szkoły za obronę polskości. W ten sposób drzwi wszystkich szkół w cesarstwie rosyjskim zostały przed nim zamknięte. Z pomocą przyszli oo. kapucyni, którzy pomogli mu przedostać się na teren zaboru austriackiego, do szkoły księży salezjanów w Oświęcimiu. Miał prawdziwe nabożeństwo do Maryi, którą na wzór Stanisława Kostki uznał za swoją Matkę. W 1916 r. wstąpił do Sodalicji Mariańskiej.

Napisał pieśń „Błękitne rozwińmy sztandary”, która stała się hymnem stowarzyszenia na całym świecie. Była też hymnem Kolegium Bielańskiego i Kolegium Bożego Miłosierdzia w Anglii. W Sodalicji poznał marianów, m.in. generalnego przełożonego, beatyfikowanego w 1987 r. ks. Jerzego Matulewicza (1871-1927) i ks. Leona Kulwiecia – moderatora Sodalicji. To właśnie Matulewicz w 1909 r. doprowadził do odrodzenia Zgromadzenia Księży Marianów, skazanego przez Rosjan na zagładę.

Początki życia zakonnego

Jarzębowski postanowił wstąpić do zakonu rdzennie polskiego i poświęconego czci Matki Bożej. Za radą bł. o. Honorata Koźmińskiego w 1917 roku wybrał marianów, którzy po wyparciu Rosjan z Warszawy w 1915 r. objęli pokamedulski erem na Bielanach pod Warszawą.

W 1919 r., w imieniu katolickich organizacji Warszawy, witał przybywającego z Francji generała Józefa Hallera (1873-1960). Armię, którą dowodził gen. Haller nazywano od koloru mundurów „błękitną”. Po walkach stoczonych na francuskich frontach I wojny światowej, jej oddziały były jedynymi, jakie reprezentowały Polskę w defiladzie zwycięstwa pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. 

Przyjaźń, która zrodziła się między „Błękitnym Generałem” a ks. Jarzębowskim przetrwała aż do śmierci Hallera. W 1920 r. seminarzysta Józef zaciągnął się wraz innymi klerykami do polskiej armii, by bronić Warszawy przed bolszewikami. Zostali przydzieleni do służby sanitarnej i przez kilka tygodni opatrywali rannych. W 1922 r. złożył śluby wieczyste. W tym roku zaczął też zbierać pierwsze pamiątki. Szczęśliwie młody, pełen entuzjazmu kleryk-kolekcjoner znalazł zrozumienie zakonnych przełożonych. Kolekcjonowanie zaczęło się od kilku starych monet, map i autografu Kazimierza Ujejskiego.

Święcenia kapłańskie Jarzębowskiego wyznaczono na niedzielę 23 września 1923 r. Niestety nie zdążył przybyć z Bielan na czas do prywatnej kaplicy biskupa polowego Stanisława Galla (1865-1942). Święcenia nie odbyły się i wszystko wskazywało na to, że zostaną odłożone na dłuższy czas. Jednakże diakon Jarzębowski, który miał ogromne nabożeństwo do dusz czyśćcowych, modlił się za wstawiennictwem Alojzego Sikory – swojego zmarłego przyjaciela z czasów gimnazjum salezjańskiego – i otrzymał podpowiedź. Poszedł do kardynała Aleksandra Kakowskiego (1862-1938) prosić o pomoc. Nowy termin święceń wyznaczono na 30 września. W swoich zapiskach zanotował:

(…) Poleciłem się Matce Bożej, oddałem się w Jej ręce z prośbą, bym był dobrym kapłanem i całą duszą służył Panu, mimo wszelkich zawodów, mimo szarzyzny mego życia, mimo wewnętrznych ucisków i goryczy.

Działalność kolekcjonerska

W 1923 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Lubelskim, ale po dwóch latach musiał je przerwać z powodu zagrożenia chorobą płuc. Wtedy podjął pracę nauczyciela i wychowawcy w Kolegium Księży Marianów na Bielanach w Warszawie. Dla potrzeb nauczania rozpoczął tworzenie muzeum z pamiątkami narodowymi. Pracował tam z przerwami 14 lat, aż do wybuchu II wojny światowej. Był nauczycielem języka polskiego, historii, religii, w różnych klasach gimnazjum, a równocześnie wychowawcą klas młodszych w internacie. O swoich podopiecznych pamiętał przez całe życie. Śledził ich losy, odnajdywał we wszystkich miejscach, do których rzuciła go tułaczka.

Był też twórcą i opiekunem biblioteki, która z czasem liczyła 30 tys. woluminów. Z pasją kolekcjonował inkunabuły, rękopisy i autografy ważnych Polaków, dokumenty historyczne i pamiątki ilustrujące historię Polski, a szczególnie powstania narodowe. W efekcie stał się twórcą przyszkolnego muzeum. Do 1939 r. zgromadzono większość książek wydanych w Polsce i poza jej granicami, poświęconych powstaniu styczniowemu a zwłaszcza osobie Romualda Traugutta. Zbiór miał opinie jednego z najważniejszych źródeł wiedzy o czasach powstania z 1863 r. Po wybuchu II wojny światowej, na polecenie przełożonych, opuścił Warszawę i udał się w drogę do mariańskiego domu w Drui. Podróż zakończył jednak w Wilnie, ponieważ w tym samym czasie Litwę zajęli bolszewicy. Część zbiorów muzeum powierzył przyjaciołom. Najważniejsze eksponaty – w tym pamiątki po Traugutcie – zabrał ze sobą. Gdy przechodził rewizję, okulary Traugutta włożył na nos i w ten sposób je ocalił. W Wilnie poznał beatyfikowanego w 2009 r. ks. Michała Sopoćkę (1888-1975), spowiednika siostry Faustyny Kowalskiej, który opowiedział mu o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego.

Apostoł Bożego Miłosierdzia w świecie

Posługiwał w obozie dla internowanych Polaków w Wiłkomierzu. Kiedy po jego zamknięciu znalazł się na ulicy, szukał ratunku w modlitwie do Miłosierdzia Bożego. Problem mieszkania wkrótce się rozwiązał. Doświadczenia sprawiły, że wiosną pojechał do Wilna i w kościele św. Michała przed obrazem Chrystusa Miłosiernego ślubował stać się apostołem Miłosierdzia Bożego w świecie, jeżeli uda mu się uciec przed bolszewikami za granicę. Wbrew przeciwnościom, 26 lutego 1941 r. wyruszył koleją transsyberyjską do Władywostoku. Dotarł przez Japonię do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaczął popularyzować nowennę do Miłosierdzia Bożego. Wkrótce amerykańscy marianie włączyli się w to dzieło i nabożeństwo wyruszyło w świat. Gdziekolwiek pojawił się ks. Jarzębowski mówił o Miłosierdziu Bożym. Miłosierdziu Bożemu powierzył też kolegium, które po wojnie założył dla polskich dzieci w Anglii.

ks. Józef ze swoim wychowankiem Julianem Wojtkowskim (późniejszym wybitnym lekarzem-chirurgiem). Santa Rosa , Meksyk 1944-45

W Listopadzie 1943 r. przybył do Meksyku. Znajdowały się tam polskie sieroty uratowane z „nieludzkiej ziemi”. Przez siedem lat pracował z bezgranicznym poświęceniem w Ośrodku dla Uchodźców Polskich w Santa Rosa, a następnie w sierocińcu dla polskich dzieci w Tlalpan. Był kapelanem, dyrektorem gimnazjum, nauczycielem, hufcowym w harcerstwie. W tym czasie nie zaprzestawał też szperania po antykwariatach, w których znajdował cenne pamiątki związane z Polską, m.in. szablę polską z czasów Konstytucji 3 Maja.

Ks. Jarzębowski przez całe życie był pod urokiem bohaterów powstania styczniowego i jego przywódcy Romualda Traugutta. Jeden z przyjaciół ks. Jarzębowskiego napisał o nim:

Choć żył i działał za naszych czasów, Ksiądz Józef nie należał do naszej epoki. Zdaje się, że owi ludzie ze Stycznia byli mu daleko bliżsi, bardziej swoi. Obracał się pośród nich jak wśród żywych, widział ich jak na jawie, wskrzeszał ich myśli i uczucia, czytając w ich duszach jak w otwartej księdze. Kiedy mówił o nich wydawało mi się nieraz, że on sam był jedną z postaci Grottgerowskich powstańczych kartonów, i że raczej byłaby mu do twarzy konfederatka, niż księżowski biret. Bo z ducha był on właśnie jakby powstańcem, i to z tych powstańców, co to niczym nigdy nikomu złamać się nie dali.

Ks. Józef zapytany o to, w jaki sposób udało mu się przeprowadzić tak wiele przedsięwzięć odpowiedział:

Jakoś się tak złożyło, że Bóg i dobrzy ludzie pomogli.

Miał znajomych, którzy utożsamiali się z jego misją zbudowania na obczyźnie miejsca wypełnionego historią Polski. Miał też dar wyszukiwania cennych eksponatów. Potrafił dotrzeć do odpowiednich ludzi i pozyskać ich życzliwość dla sprawy szkoły i muzeum. Biblioteka była jego ulubionym miejscem pracy i rozmów z wychowankami. Z coraz to większym niepokojem patrzył w przyszłość Fawley Court’u, jakby w przeczuciu, że sił mu już nie starczy na długo.

(…) co będzie jeśli mię zabraknie – i cała scheda muzealna, która już dla kultury polsko katolickiej jest osiągnięciem, może ulec zaprzepaszczeniu?

Zmarł w Szwajcarii w 1964 r. Swój dziennik zakończył słowami: 

Jednym słowem piękne jest życie; piękne, bo Bóg jest dobry, piękne, bo jest cierpienie dla Boga i piękne bo są dusze, które Go miłują więcej i hojniej ode mnie, a są też dusze, z którymi się wspólnie bić w piersi, by wzywać obfitego Jego Miłosierdzia.