Księga łask
Księgę łask zaczęto prowadzić prawdopodobnie na początku XX wieku. Nie jest pewne, czy zaraz po objawieniach i epidemii cholery także spisywano łaski, których doświadczali pielgrzymi. W czasie wojny zaginęła, prawdopodobnie została zniszczona przez Niemców. Sam kardynał Wyszyński zaświadczył o jej istnieniu, gdyż jako kleryk przebywał w Licheniu i wpisywał do niej zeznania wiernych. Kardynał nawiązał do tych wydarzeń podczas koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Licheńskiej:
Pamiętam, że gdy byłem tutaj przed laty, dano mi jako zadanie wpisywać łaski, których doznali czciciele Maryi Licheńskiej. Na cmentarzu grzebalnym, przy kaplicy postawiono stolik, przy którym siedziałem przez kilka godzin, zapisując do księgi wszystko, co lud Boży tu przeżył i czego doznał. Była to wielka księga.
W drugiej połowie XX wieku na nowo zaczęto spisywać świadectwa doznanych łask. Wiele z nich zostało opublikowanych w serii książeczek pt.: „Z licheńskiej księgi łask”. Do roku 2010 wydano pięć części.
Bardzo prosimy, aby wszyscy, którzy doznali jakichkolwiek łask przez wstawiennictwo Matki Bożej Licheńskiej, przesłali swoje świadectwa listownie lub mailem. Można też przynieść je osobiście do kancelarii dla pielgrzymów, przy okazji swojego pobytu w Sanktuarium.
Poniżej podajemy adres do korespondencji:
ul. Klasztorna 4
62-563 Licheń Stary
e-mail: lichen@lichen.pl
Wybrane świadectwa
Serduszko Damianka
Cztery lata temu zostałem tatusiem kochanego i najpiękniejszego synka - Damianka. Kiedy się urodził, byliśmy z żoną najszczęśliwszymi rodzicami. Przecież mieliśmy wymarzone dziecko. Niestety, niezmącona radość trwała krótko. Po tygodniu dowiedzieliśmy się, że nasz skarb ma bardzo chore serduszko.
Zaczął się dla nas koszmar. Nasz synek pierworodny zaczął swoje życie od bólu i cierpienia. Każdego dnia nadchodziły nowe, niepokojace wieści o stanie jego zdrowia. Z dnia na dzień stawały się bardziej niepomyslne. Po dwóch miesiącach pobytu synka w szpitalu, po licznych badaniach i leczeniu lekarze powiadomili nas, że nasz Damianek nie ma szans na przeżycie. Jakby świat się dla nas w tym momencie zawalił. Przeżyliśmy tragedię i rozpacz nie do opisania.
Własnie wtedy jakby mi ktoś wyszeptał do ucha: "Poproś tę, którą wszyscy powiniśmy prosić". Gdy zrozumiałem sens tego duchowego przesłania - uspokoiłem się. Poczułem pewność, że nasza Licheńska Mateńka pomoże naszemu synkowi. Zaczęliśmy sie gorąci i żarliwie modlić. W Licheniu odprawiane były Msze św. o życie i zdrowie synka.
W niedługim czasie, po skomplikowanych badaniach, które same w sobie były zagrożeniem dla życia dziecka, ordynator oddziału zaprosiła nas na rozmowę. Z drżeniem serca spodziewaliśmy sie najgorszego, usłyszeliśmy jednak słowa: "Musieliście się państwo chyba dużo modlić, bo to prawdziwy cud." Po tych słowach wyjaśniła nam, w jaki sposób będzie przebiegać leczenie i jakie zabiegi będa przeprowadzane. Okazało się bowiem, że badania, które miały potwierdzić niecelowość dalszego, intensywnego leczenia wykazały coś przeciwnego: nastapiły zmiany w pracy serca. Otworzyły one drogę do dalszego leczenia i rehabilitacji.
Dziś nasz Damianek ma cztery latka, ubytki w jego małym serduszku same się wypełniły, organizm zaczął normalnie pracować. Po wrodzonej wadzie serca został tylko mały otworek, który ciągle się pomniejsza i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia synka.
O Matko Boża Licheńska! Tak wielki dar nam uczyniłaś! Błagamy Cię o dalszą opiekę nad naszym Damiankiem i nad nami.
Marek O.
woj. opolskie, 2003 r.
To cud
Moja córka Lidia mieszka w Polsce, z dala ode mnie. Niestety, jesienią zatruła się grzybami. Jej stan był bardzo cięzki, prawie beznajdziejny. Wiele dni leżała nieprzytomna, nie reagowała na żadne bodźce. Lekarze w klinice twierdzili, że tylko cud może ją uratować.
Modliliśmy się. Moja siostra, Danuta, miezkająca w Polsce, zamówiła w Licheniu Msze św. w intencji Lidii. Ja tu - w Ziemi Świętej - łączyłam się modlitwą z trwającymi w Licheniu modłami. Ósmego dnia córka odzyskała przytomność. Odetchnęliśmy. Okazało sie jednak, że radość była przedwczesna - Lidia była sparaliżowana, a nerki nie podjęły pracy.
Przyjechałam do Polski, do Wrocławia, tam, gdzie leżała moja córka. Żal było patrzeć, co stało się z młodą, pełną życia dziewczyną. Zmartwiona, nie czuwałam przy jej łóżku, tylko pojechałam na pielgzrymkę do Matki Bożej. Koleżanki dziwiły się, że zostawiam córkę, ale odczuwałam ogromną potrzenę modlitwy przed Cudownym Wizerunkiem Matki Bożej. Gdy klęczałam przed ołtarzem, zanosiłam się od płaczu. Po powrocie do Wrocławia do kliniki usłyszałam, że stan Lidii się poprawił. Nerki podjęły pracę wtedy, gdy sie tak żarliwie modliłam w Licheniu.
Córka jeszcze długo chorowała, była rehabilitowana. Wróciłam do pracy do Izraela, by móc jej pomagać materialnie. Po wielu miesiącach Lidzia zaczęła chodzić i funkcjonowała normalnie z wyjątkiem słuchu. Słuch utraciła. Dowiadywałam się w różnych ośrodkach, jakie są szanse przywrócenia jej słuchu. Mówiono mi o Singapurze, o Japonii, o Stanach Zjednoczonych, ale to przeciez było finansowo nieosiągalne dla zwykłego człowieka pracy.
Dalej modliliśmy się do Matki Bożej - Licheńskiej Uzdrowicielki. I tym razem pomoc nadeszła! Tam, w kraju, 6 grudnia 2005 r. zoperowano Lidzię, załóżono jej implanty słuchu i oto otrzymała list od córki: "Mamo, słyszę! Słyszę gwar uliczny, słyszę śpiew ptaków, słyszę, słyszę!!!" Prawdą jest, że słuch wrócił w 65%, ale są szanse, że będzie lepiej.
Jedna stła się wymodlony cud! Dziękujemy Ci, Matki Boża Licheńska.
Alfreda
Izrael, 2006 r.



