Matka Boża Bolesna
Główka6 Bazylika nocą wigilijną ;)
SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ LICHEŃSKIEJ


 

Sanktuarium
 



Źródełko

Licheńskie źródełko nie ma nic wspólnego z objawieniami Matki Bożej. Jednak świadectwa konkretnych osób, które korzystając z wody ze źródełka, z wiarą powierzały się Bogu i doznały łaski uzdrowienia.

Źródełko powstało z czysto praktycznego względu, aby można było z niego czerpać wodę pitną, ponieważ wcześniej był z tym problem. Ksiądz Eugeniusz Makulski wspomina, przed wybudowaniem studni ludzie przybywający do Lichenia, na przykład na odpust, korzystali z wody z jeziora. W upalne dni pielgrzymi myli się w jeziorze, a równocześnie nabierali wodę do picia.

Aby dojść do źródełka należy udać  się schodami prowadzącymi od kościoła św. Doroty w dół, w kierunku jeziora. Po zejściu ze schodów i przekroczeniu jezdni, dochodzimy do celu. W sąsiadujących ze sobą kaplicach znajduje się studnia oraz krany do nabierania wody i mały betonowy basenik do umycia nóg.

Źródełko zostało poświęcone 14 sierpnia 1968 r. Była to wigilia odpustu i wielu wiernych uczestniczyło w uroczystości. Tego samego dnia grupa osób weszła do zakrystii, informując z wielkim wzruszeniem, że starsza pani z Pąchowa (gmina Kramsk), niewidoma od dwunastu lat, po napiciu się wody ze źródełka wszystko widzi. Byli świadkowie tego zdarzenia i fakt ten uznano za pierwsze cudowne uzdrowienie przy źródełku. Później były kolejne, o czym świadczą wpisy w „Księdze łask":


Matka matce

W roku 1997 mój syn Rafał miał 7 lat. Był chłopcem bardzo żywiołowymprawdziwe żywe srebro. Jednocześnie miał moc zainteresowań, pasjonował się geografią, umiał czytać i pisać. Dlatego bardzo boleśnie przeżyliśmy to, co nas spotkało.
Babcia Rafała miała wyznaczony termin badania krwi. Ponieważ badania wykonywała już wcześniej w prywatnym gabinecie, namawiała nas, by ktoś z rodziny wykorzystał ten termin. Jednak nikt z nas się do tego nie kwapił. Wszyscy czuliśmy się dobrze, a pobieranie krwi do przyjemności nie należy.
Nic nikomu nie mówiąc, kierowana babciną troską, mama zaprowadziła Rafałka do laboratorium. Dzięki temu została ujawniona choroba, której nikt się nie spodziewał po dobrze wyglądającym siedmiolatku – przewlekła białaczka szpikowa. W jednej chwili nasz świat zawalił się, gdyż trudno zaakceptować taką diagnozę. Lekarze też nie potrafili nas natchnąć otuchą i optymizmem. Na tę chorobę raczej nie ma lekarstwa, chociaż białaczki u dzieci w dużym stopniu uleczalne, Rafał zachorował na odmianę atakującą dorosłych, rzadko spotykaną u dzieci.
Spędzaliśmy z synem całe dnie w szpitalu, towarzyszyliśmy mu w licznych badaniach i zabiegach, staraliśmy się łagodzić cierpienia dziecka. Niestety organizm Rafałka nie reagował na podawane leki.
Siedząc przy łóżku synka, rozmawiałam z innymi matkami. Jedna z nich czytała broszurkę o licheńskich uzdrowieniach. Pożyczyłam tę książeczkę, przeczytałam jednym tchem i przepisałam umieszczoną modlitwę do Matki Bożej Licheńskiej. Zapragnęłam pojechać z dzieckiem do tego Maryjnego Sanktuarium.
W tym właśnie czasie prowadząca synka lekarka poinformowała mnie, że z punktu widzenia medycyny nic więcej dla dziecka nie można zrobić. Rafał otrzymał wszystkie dostępne lekarstwa, ale nie dały one niestety żadnego pocieszającego rezultatu… Ostatecznym ratunkiem dla syna pozostawał przeszczep szpiku kostnego, ale – aby mogło do niego dojść – musi nastąpić remisja choroby, czyli jej wyciszenie.
Rafał wyszedł ze szpitala pod koniec października 1997 roku i choć był bardzo słaby, 2 listopada pojechaliśmy do Lichenia. W miarę zbliżania się do tego świętego miejsca i w samej świątyni opanowała mnie dziwna ufność, radość i nadzieja, że przybyliśmy w odpowiednie miejsce. Miałam nieodparte uczucie, że przyprowadzała nas tu sama Matka Boża.
Był przykry, zimny i mokry dzień, ludzi mało. Zdawało się, że Msza św. odprawiana jest dla nas. Modliliśmy się żarliwie o zdrowie syna, poprosiliśmy o Mszę św. w jego intencji, a po powrocie do domu, codziennie odmawialiśmy nowennę do Matki Bożej Licheńskiej oraz nacieraliśmy go wodą z licheńskiego źródełka.
Wtedy zdarzył się upragniony cud – nastąpiła remisja choroby. Mogliśmy pomyśleć o przeszczepie szpiku. Głęboko wierzę, że dzięki opiece Pani Licheńskiej udało nam się wiele zdziałać – zebrać pieniądze na dawcę szpiku (choć jest to bardzo trudne) i wreszcie po dwóch latach doprowadzić do przeszczepu.
Przez cały ten czas do chwili obecnej nacieram Rafała cudowną wodą ze źródełka, wielokrotnie odwiedzaliśmy Licheń, modliliśmy się tam gorąco o zdrowie dla dziecka, prosiliśmy o Msze święte.
Niedługo miną cztery miesiące od przeszczepu. Rafał czuje się dobrze, lecz aby stwierdzić czy przeszczep się udał i synek powrócił do zdrowia, musi minąć pięć lat.
O Licheńska Pani! Zostań z nami!
                                                                                                                        
                                                                                                                        Wdzięczna matka, Polska, 2000 r.

 

     Niespodziewane źródło łask

W roku 1997 byłem uczniem technikum niedaleko Poznania. Mieszkałem w internacie. Uczyłem się i dbałem o swoją kondycję fizyczną. Dużo biegałem i uprawiałem ćwiczenia sprawnościowe.
Najbliższy sklep spożywczy znajdował się około ośmiu kilometrów od naszego internatu. Pewnego dnia spieszyłem się właśnie do sklepu. Ponieważ na zakupy miałem tylko godzinę, biegłem tam i z powrotem. Uważałem to za dodatkowy trening.
Skutki tego „wyścigu” z czasem odczułem dnia następnego. Kiedy jak zwykle chciałem sobie pobiegać, poczułem silny ból w kolanie. Zaniepokoił mnie nieco, ale nie chciałem się poddać i mimo bólu pobiegłem około czterech kilometrów. Na czwartym – ból kolana mnie praktycznie unieruchomił. Cierpiałem i próbowałem rozruszać nogę. Były to jednak nadaremne wysiłki.
Po miesiącu zgłosiłem się do chirurga, potem do ortopedy. Zalecone mi środki nie przyniosły ulgi. Kolano bolało.
Minęły cztery miesiące, noga nadal dokuczała, a tu zbliżały się wakacje. Miałem już zaplanowaną wycieczkę rowerową, więc bardzo chciałem być w formie. Kolano musiało być zdrowe!
Przed wakacjami, w ostatnich dniach roku szkolnego zapragnęliśmy z kolegą Tomkiem zwiedzić Konin. Połączenie kolejowe było znakomite, nic nie stało na przeszkodzie. W czasie zwiedzania miasta ponownie zaczęła mi dokuczać noga, ból potęgował się z każdą chwilą. Mimo tego pojechaliśmy do muzeum w Gosławicach. Kustosz tego muzeum, widząc nasze zainteresowanie, zachęcił nas do zwiedzenia Sanktuarium Maryjnego znajdującego się w pobliskim Licheniu. Propozycja była kusząca, ale nie byłem pewien, czy ból nogi mi na to pozwoli. Poczułem wtedy dziwny niepokój. Chęć zobaczenia Sanktuarium była tak silna, że zwyciężyła. Coś mnie ciągnęło do tego miejsca. By je zobaczyć, gotów byłem nawet zrezygnować z wakacyjnej wycieczki rowerowej.
W Licheniu po obejściu zespołu klasztornego noga rozbolała mnie tak bardzo, że trudno mi było dalej chodzić. Tomek musiał mnie podpierać, a ja skakałem na zdrowej nodze. W taki sposób zeszliśmy głównymi schodami w dół. Tam zauważyłem, że znajdujemy się w pobliżu cudownego źródełka. Zbliżyłem się do wody i odmówiłem: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Chwała Ojcu”. Przemyłem twarz i napiłem się wody. Odczułem dziwną lekkość i przyjemną świeżość na twarzy. Mało tego – nagle poczułem się znakomicie, wspaniale! Z tą wodą w pojemniku wróciłem do Poznania.
Następnego dnia była uroczystość zakończenia roku. Idąc po świadectwo, ku własnemu zaskoczeniu, zauważyłem, że noga mnie już nie boli. Jeszcze wczoraj dokuczał mi nieznośny ból, a teraz go nie czułem. Dla próby przebiegłem kawałek drogi – ból zniknął. Wtedy zrozumiałem: zostałem uzdrowiony, mimo że o to nie śmiałem prosić. Noga nie bolała.

Pojechałem na upragnioną wycieczkę, przejechałem na rowerze 1500 kilometrów i nic mi nie dokuczało. Byłem zdrów!
Nieco później<

realizacja LM Internet  LM Internet